kontakt       start    
Oferta/An Offer
Zobacz trailer Jana z Drzewa/See trailer of John from the Tree
News/Wiadomości
Napisano tu i tam/It was written...
Galeria/Photo gallery
Kontakt/Contact
O filmie  

recenzja filmu z portalu www.tygodnik-sasiedzi.pl

Wojciech Dąbrowski
Polecam Sąsiadom ikona

19-06-2008

Ktoś z drzewa

  • Bywają w życiu każdego człowieka takie chwile, że ma wszystkiego dość. Zwłaszcza po czterdziestce, gdy coś się zacina i wali w gruzy. Ucieczka na drzewo wydaje się wtedy jedynym skutecznym rozwiązaniem. I ta życiowa prawda jest tematem pełnometrażowej komedii romantycznej Łukasza Kasprzykowskiego – „Jan z drzewa”. To film o nas. Opowiada o codzienności, bawi, ale zmusza do refleksji i postawienia sobie kilku zasadniczych pytań.

    Scenarzysta i reżyser w jednej osobie, pochodzący z Pabianic, ma zaledwie 32 lata, ale życie zna. Jest bystrym obserwatorem, ma wyczulone ucho, w lot wychwytuje niuanse, przetwarza język ulicy, wykorzystuje zasłyszane anegdotki. Zrobił inteligentny film o ludziach sukcesu, którzy są życiowymi bankrutami, ale próbują coś zmienić. Pokazał kawałek prawdziwego życia, unikając banału.

    Bez agitacji
    Klucz do sukcesu tkwi w udanym scenariuszu i znalezieniu odpowiedniej formy przekazu. Film składa się właściwie z kilkudziesięciu epizodów, powiązanych zgrabnie w logiczną całość i przeplatających się wzajemnie, jak w życiu. Wszystkie sytuacje znamy z autopsji: takie są nasze kompleksy, domowe piekiełka, sąsiedzkie i zawodowe układy, kryzys uczuć, pęd do kariery za wszelką cenę. Nawet psychiatrzy i psychoanalitycy mają kłopoty ze sobą. Podpatrzone scenki małżeńskie, relacje rodzinne (z teściową, rodzeństwem, szwagrem), kulisy show-biznesu wydają się dobrze znajome i śmieszą. Uświadamiamy sobie, że żyjemy w świecie absurdów i sami je tworzymy, choć nie chcemy się do tego przyznać. Bohaterowi w gruncie rzeczy zazdrościmy decyzji i podziwiamy go, bo nas nie byłoby na nią stać.
    Kasprzykowski każe się buntować. W buncie widzi ratunek, ale nie ulega pokusie wskazywania jedynej słusznej drogi. Nie podaje łatwych rozwiązań. Robi to nie nachalnie, ale aluzyjnie, z subtelną autoironią, sarkazmem. Lubi swych bohaterów, wcale ich nie ośmiesza, traktuje życzliwie, nawet jeśli kpi sobie z ich przywar.
    Młodzi twórcy zazwyczaj działają pod publiczkę albo starają się czymś zaszokować, silą się na oryginalność, która niczemu nie służy. Stąd zalew błahych komedyjek, głupkowatych gagów albo sięganie po skrajności, epatowanie wulgarnością.
    U Kasprzykowskiego – przeciwnie, nie ma niepotrzebnych udziwnień i przerysowań. Przekaz jest czytelny, ale bez nieznośnego dydaktyzmu i agitacji. Chcemy żyć po swojemu, nie chcemy, aby nasze życie meblowali politycy, mass-media, doktrynerzy różnej maści, narzucający swoje wzory i jedynie słuszne wartości.
    Widać sprawny warsztat i doświadczenie dokumentalisty. Autor czuje kino. Ma w dorobku kilkanaście filmów krótkometrażowych, niezależnych i nagradzanych, m.in. na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Amatorskich w Warszawie, Festiwalu Filmów Niezależnych w Kołobrzegu. Posiadł zdolność inteligentnego skrótu, czasem wystarcza mu jeden gest, oszczędny dialog składa się właściwie z samych point. Dialogi są autentyczne, choć nieraz brzmią absurdalnie.
    Młodego twórcę docenił zarówno Andrzej Kondratiuk (atutem Kasprzykowskiego jest prostota i umiejętność pokazania maksimum treści w minimalnym czasie), jak i Krzysztof Gradowski, który chętnie został opiekunem artystycznym filmu.

    Film dowodzi, jak ważna jest trafna obsada. Tytułowy bohater, lekarz (Bogusław Suszka) i jego żona, Monika (Dorota Kiełkowicz, prywatnie też żona), aktorzy łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza, budzą sympatię, są autentyczni, przekonujący. Wyborną parę tworzą Ewa Szykulska i Artur Dziurman.
    Chodzi jednak nie tylko o role główne, ale i postaci drugiego planu. Przepyszna jest scenka przyjmowania zlecenia przez firmę hydrauliczną (przypomina się Dudek), dialog przy wywozie śmieci (Stefan Lipiec i niedawno zmarły Andrzej Kaczmarek z kabaretu Pirania), posiedzenie znudzonego zarządu (poseł Jerzy Fedorowicz jako doceniający pracowników prezes), wyborny Brian Scott z krakowskiego radia RMF, korzystający z porady lekarskiej, przeprowadzka albo bójka na planie filmowym ekipy telewizyjnej, dziecko stawiające pytanie: czy my też mamy kłopoty rodzinne?
    Sam siebie zagrał Zbigniew Wodecki. Jego piosenkę kończącą film („Miłości jak snu” z tekstem Marysi Bujas, krakowskiej aktorki charakterystycznej i zarazem prężnej szefowej produkcji) nucimy jeszcze długo po wyjściu z kina.
    Operator i montażysta (Witold Szulc) dobrze poprowadził kamerę, wspierając obrazem intencje reżysera, w odpowiednim miejscu dokonuje cięć. Toteż film nie nuży, ma swoje tempo i rytm.
    Film powstał na wariackich papierach. Garstka zapaleńców, wspierana przez rodziny i przyjaciół, ludzi dobrej woli, zrealizowała go bez wielkich nakładów, ale za to z pasją. I jest efekt: to się dobrze ogląda!
    Krakowska premiera odbyła się w plenerze podczas Święta Ogrodu Botanicznego, łódzka była ozdobą III Festiwalu Kina Niezależnego Off. Film przyjęto bardzo życzliwie. Zapewne spodoba się także warszawskiej publiczności.
    Ursynowski Dom Sztuki ma dobrą rękę do wyszukiwania i prezentowania ciekawych zjawisk filmowych. Warszawiakom pokaże „Jana z drzewa” jako pierwszy – w najbliższą sobotę, 21 czerwca o godz. 19 (można odbierać bezpłatne zaproszenia). Po projekcji odbędzie się spotkanie z reżyserem i aktorami, minirecital Dominika Kwaśniewskiego, twórcy udanej oprawy muzycznej filmu.


wstecz



             Łukasz Kasprzykowski - film director, screenwriter, producer    
poleć ten serwis znajomemu